Wiele osób – nie tylko w średnim wieku – wspomina, że pierwsze kroki w nauce angielskiego stawiało, tłumacząc na polski teksty ulubionych zachodnich kapel. – rozmowa z Wojciechem Mannem o tym, jak wyglądał początek jego przygody z tym językiem.
Czyje piosenki tłumaczył Pan na początku?
- Myślę, że to byli na pewno Beatlesi. Prościutkie rzeczy takie jak “Love me do”. Kompletnie nie rozumiałem tego tytułu. “Love me” to wiadomo – kochaj mnie, ale po co to – “do”. O co tu chodzi? Starszy kolega wytłumaczył, że to jest takie podkreślenie tej prośby. Zresztą dość nietypowe, bo nikt dziś tak nie mówi. Tłumaczyłem też (bo było to dość łatwe) parlando Elvisa Presleya (czyli część mówioną) w utworze “Are you Lonesome Tonight”. O tej kobiecie, co była taka podła, zdradziła go, a on to porównuje do teatru. Nie rozumiałem niektórych słów. To było wyzwanie. Później pamiętam ogromną męczarnię przy tłumaczeniu fascynującego utworu (do którego wróciłem w “Monday Manniaku” całkiem niedawno) – 11-minutowego “Desolation Row” Boba Dylana. Kompletnie go nie rozumiałem, zmusiłem więc kolegę, który był na placówce w Anglii, by usiadł ze mną i przybliżał mi niektóre słowa.
Które teksty były Panu najbliższe?
- Zdecydowanie Beatlesów. Byli mi najbliżsi emocjonalnie i muzycznie. Mieli tę przewagę na Rolling Stonesami, że łatwiej było zrozumieć, co śpiewają. Stonesi grzali, to był rock, a Beatlesi byli bardziej grzeczni. Od razu można było napisać po polsku.
A współczesna muzyka. Rap?
- Nie. Od razu mówię, że nie, ponieważ to jest specyficzny język ulicy, język skojarzeń. Niektóre zwroty oczywiście rozumiem, przy niektórych się zamyślam. Dla normalnego człowieka to jest nie do rozszyfrowania. Tłumaczę czasem utwory, które nie są jeszcze rapem, a już stosują taką retorykę. Spotkałem parokrotnie Anglików bądź Amerykanów mieszkających w Polsce, którzy zrozumieli je dobrze, dopiero gdy przeczytali moje tłumaczenie.
Z “Monday Manniaka” poznałem w końcu tekst “Highway to Hell” mojej ulubionej kapeli AC/DC.
- Kij, jak to się mówi, ma dwa końce. Czasem się przybliża znaczenie i ludzie są szczęśliwi, a czasem się rozwiewa nieprawdziwe, ale piękne wyobrażenia. Pamiętam, jak kiedyś zadzwonił do radia pewien pan, który powiedział, że nazwał swojego syna Jeny, na pamiątkę piosenki, w tytule której pojawiało się to imię. Puszczałem ją w radiu. Myślał, że chodzi o imię faceta. Nie wyprowadzałem go z błędu, żeby nie psuć mu całej bajki.
Zaczął Pan tłumaczyć teksty z angielskiego polskim muzykom?
- Doszedłem do takiej bezczelności, że korzystając z niewielkiej w środowisku znajomości angielskiego, zacząłem tłumaczyć w drugą stronę. Napisałem dla Urszuli Sipińskiej piosenkę po angielsku, za którą dostaliśmy nagrodę na festiwalu w Meksyku.
Polscy muzycy naśladują angielski, śpiewając po “norwesku”.
- W fazie przygotowywania utworu to naturalne. Polski ma niezwykle sztywne reguły, takie jak akcent na przedostatnią sylabę. Łatwo robi się Częstochowa – “kochaj mnie, ja lubię cię”. “Norweski” jest dopuszczalny w fazie przymiarek. Potem, jak ktoś chce śpiewać po angielsku, to powinien mieć przyzwoity materiał, żeby nie było wstydu. Pamiętam, jak wycofałem grupę wokalną z zagranicznego konkursu. Nazywała się Fart, co po angielsku oznacza puszczenie bąka.
Które z gwiazd krajowej estrady śpiewają dobrze po angielsku?
- Bardzo dobrze śpiewa Edyta Bartosiewicz. Dawno temu bardzo porządnie przygotował się do nagrania płyty z rock’n'rollami Krzysztof Krawczyk. Na pewno Robert Gawliński. Dziś jest więcej wykonawców, którzy robią to dobrze. Kiedyś była tragedia.
Lubi Pan, jak Polacy śpiewają po angielsku?
- Nie przeszkadza mi to, ale najbardziej odpowiada mi taka sytuacja jak w przypadku Wilków. Robert Gawliński w zależności od przypadku, potrzeby i swojego instynktu artystycznego śpiewa po polsku lub angielsku.
Jeżeli uczyć się angielskiego na piosenkach, to na jakich?
- Na prostych. Unikać regionalizmów, raperów. Beatlesi są absolutnie wskazani, poza tym Presley, Tom Jones. Na piosenkach, które łatwo spisać. Jest ich cała masa.
Czyli istnieje pedagogiczna funkcja rock’n'rolla?
- Wielkim błędem i krzywdą byłoby twierdzenie, że takie piosenki pisali ludzie głupi, którym chodziło tylko o “Tutti frutti” czy “Be-bop-a-lula”. Zwracam uwagę na fantastyczne piosenki Chucka Berry’ego. To prehistoria. Warto je spisać, by zobaczyć, jak on genialnie opowiadał o problemach nastolatków. Superteksty mieli też np. Simon and Garfunkel. Współczesne teksty bazują często na prostych pomysłach, odwołują się do wulgaryzmów. Ale zdarzają się też perły, takie jak np. R.E.M.
Źródło: gazeta.pl